Bo Miroslav Satan mieszka w każdym z nas...
Blog > Komentarze do wpisu

Sezon ruszył... nie dla wszystkich

 

Podobno dobry lód zapewnia dobry poślizg. Jeśli tak, to mamy lód najwyższej jakości, bo o starcie nowego sezonu NHL donosimy z poślizgiem tygodniowym. Nie martwimy się jednak, bo jak powiedziałby Leszek Miller, gdyby zamiast w sprawie Rywina był przesłuchiwany w sprawie ''co zrobić z tymi cholernymi Coyotes'' – ''bloga o hokeju nie poznaje się po tym jak relacjonuje początek rozgrywek, tylko czy ma kaca''. Kaca z pewnością mamy. Głównie dlatego, że w tym sezonie pożegnaliśmy się z kilkoma zawodnikami, dzięki którym zainteresowaliśmy się hokejem, a nie na przykład wyczynowym pieczeniem faworków. I im też poświęcimy ten wpis – spokojnie – nie faworkom, a zawodnikom. A konkretnie pięciu z nich.

Mats Sundin – w Toronto pełnił rolę łysiejącego boga. Czy Maple Leafs grali dobrze czy jak zwykle, on prezentował poziom nieosiągalny dla większości zjadaczy łyżew. W 2008 strzelił focha i przez pół roku mówił gdzie to nie przejdzie albo jednak gdzie to nie zostanie. W końcu na drugą część sezonu przeniósł się do Vancouver Canucks. Po 13 sezonach w Toronto! Kibice w Leafs przekonali się, co poczuliby katolicy, gdyby papież nagle przeszedł na islam. Nie wiemy czy mógłby zrobić coś głupszego (no dobra wiemy - mógłby przebrać się za oposa i biegać po ulicach krzycząc: ratujcie Indian Chiapas, zdobywajcie cenne nagrody). Sundin i jego Canucks awansowali do playoffs, ale już po drugiej rundzie mogli śmigać na wakacje. W zeszłym roku musieliśmy przyzwyczajać się do Toronto bez Sundina, teraz będziemy musieli do całej NHL bez niego. Bez niego będzie dziwnie.

Liczba Sundia – 0,5 – tylko tyle sezonu wystarczyło mu, żeby zniszczyć swoją pozycję, którą budował przez kilkanaście lat w Toronto.

Jeremy Roenick – J.R. słuchał Perfectu i wiedział, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Niestety, nie wiedział, że jak się zeszło, to nie należy już na tę scenę wracać. Jako, że nie wiedział, to wrócił i w 2007 zaczął śmigać w barwach San Jose Sharks. Jego największymi sukcesami w ciągu dwóch sezonów wśród Rekinów było przekroczenie granicy 500 goli, nierozlecenie się ze starości i pokazanie światu, że starość jest straszna. Nie zmienia to faktu, że bez niego będzie dziwnie.

Liczba Roenicka
– 2 – tyle razy kończył karierę.

Olaf Kolzig – ewenement, bo niemiecki sportowiec, którego lubimy. Prawdopodobnie dlatego, że w przeciwieństwie do innego niemieckiego bramkarza – Oliviera Jonasa – nie bronił w błękitnej masce w baloniki. A może dlatego, że pochodzi z RPA, czyli z kraju, gdzie stopa polskiego piłkarza długo nie postanie. Kupę czasu (kupa w tym przypadku zawiera się w latach 1989 do 2008) był zawodnikiem Washington Capitals. Niepotrzebny w stolicy podpisał kontrakt z Tampa Bay. Gdy w barwach Lightning zjawił się w hali Caps kibice przywitali go jakby właśnie przywiózł im demokrację i więcej paciorków niż mogą udźwignąć. Niestety krótko potem się skontuzjował i został oddany do Toronto. Tak, bez niego będzie dziwnie.

Liczba Kolziga
– 0 – tyle spotkań rozegrał po przejściu do Maple Leafs.

Teppo Numminen -  gdyby wśród licznych nagród rozdawanych przez NHL było wyróżnienie dla najfajniej nazywającego się zawodnika były obrońca Winnipeg, Buffalo, Phoenix i Dallas z pewnością miałby kilka jego egzemplarzy na półce. Tak musi się zadowolić tytułem Europejczyka z największą liczbą rozegranych spotkań w NHL. Był też ostatnim śmigającym po hokejowych taflach przedstawicielem draftu 1986, w którym do ligi przyszli między innymi Jyrki Lumme, Vincent Damphousse, Brian Leetch,    Adam Graves    i Lyle Odelein. Bez niego będzie dziwnie.

Liczba Numminena – 80 – tyle procent akcji w produkującej hokejowy sprzęt firmie Montreal Sports Ltd posiada emerytowany obrońca.

Markus Naslund
– Sundin jest szwedzką legendą w Toronto, która skończyła w Vancouver, a Naslund jest szwedzką legendą Vancouver,  która dla zmyły skończyła w Nowym Jorku. Ostatni sezon kariery rozegrał bowiem w Rangers, którzy skusili go 8 milionami dolarów i perspektywą bycia daleko od preferującego grę obronną trenera Alaina Vigneault. Bez dwóch zdań będzie bez niego dziwnie.

Liczba Naslunda - 9 - tyle punktów w pięciu Meczach Gwiazd zdobył Szwed.

Liczba Sundina, Roenicka, Kolziga, Numminena i Naslunda – 0 – tyle razy Puchara Stanleya zdobywało tych pięciu hokeistów. Każdy z nich był gwiazdą, każdy grał w All-Star Game, a łącznie rozegrali w NHL 5917 spotkań, plus 424 mecze playoffs. Mimi to żaden nie zdobył i - choć brzmi to złowieszczo jak nowa płyta Feela - nie zdobędzie już najcenniejszego hokejowego trofeum. Uznaliśmy jednak, że na nie zasługują i jeśli oni nie potrafili sami wywalczył Pucharu, to musimy zrobić to za nich. Do realizacji naszej świętej misji ruszamy niebawem. Jak tylko wymyślimy jakiej gry do tego użyjemy zaczniemy relacjonować postępy w realizacji Operacji Puchar dla Sundina, Roenicka, Numminena, Kolziga i Naslunda, zwanej w skrócie Operacją SRNKN.

piątek, 09 października 2009, roland_c

Komentarze
2009/10/09 12:06:07
No bez przesady...Mats nie zniszczył swojej pozycji w Toronto ;) Może gdyby przeszedł do Canadiens czy Senators byłoby inaczej. Z Canucks Toronto nie ma tak napiętych stosunków, więc nie jest źle. Zresztą wystarczy spojrzeć na trybuny podczas meczu w Air Canada Center. Koszulki z nazwiskiem "Sundin" na plecach są bardzo, bardzo liczne... Pozycja Matsa w Toronto zawsze będzie mocna - w końcu, jak sam stwierdził, to jego drugi dom... Pozdrawiam